Mam mnóstwo pasji, ale najbardziej kocham muzykę. Śpiewam w szkole, czasem w kościele, gdy nie ma psalmistki (oprócz tego czytam), gram na gitarze i nie wyobrażam sobie wiązać swojej przyszłości bez muzyki.
Pierwszą swoją gitarę dostałam w połowie drugiej klasy
podstawówki. Byłam strasznie zazdrosna, że inne koleżanki grają,
chodzą na kółka muzyczne, a ja nie, więc na święta pod choinką
znalazłam piękną czerwoną gitarę klasyczną. (Rodzice nie mogli
już tego zcierpieć, że tak im wiercę dziurę w brzuchu.) A wiec
od razu po przerwie świątecznej zabrałam się do nauki. Powiem
szczerze-była to gitara z Allegro, nie pamiętam teraz z jakiej
firmy, w każdym razie kosztowała około 120 zł. Jeżeli chodzi o
początkujących serdecznie polecam, ponieważ po pierwsze nie
wyrzuca się dużej ilości pieniędzy w błoto, a jeżeli nie
złapiesz bakcyla to przecież zawsze możesz ją sprzedać, po
drugie struny gitary klasycznej są nylonowe tak więc palce tak
bardzo nie bolą jak przy akustycznej, która ma wszystkie metalowe
(ale i tak na początku strasznie paluszki bolą, mówię z własnego
doświadczenia, ciągle tylko pęcherze i obtarcia, ale spokojnie...
da się do tego przyzwyczaić :) ), po trzecie gitary 3/4 (a ja
właśnie taką miałam) są małe więc łatwo je "objąć"
i na niej grać.Moja nauka gry rozpoczęła się od podstawowych chwytów E-dur, A-dur, D-dur, C-dur, G-dur, E-mol, A-mol i D-mol. Trochę było ciężko się nauczyć. Miałam wiele chwil zawahania, czasem nawet płakałam. Najbardziej trudnymi chwytami były dla mnie C-dur i G-dur. Miałam wtedy małe paluszki i trudno mi było je tak rozłożyć. Hah..
Po przepracowanych piosenkach z podstawowymi chwytami niestety
pora była na zmianę gitary. Po czterech latach coś zaczęło się
dziać ze strunami. W lato między piątą a szóstą klasą znów na
Allegro zamówiłam kolejną. Ale tym razem chciałam 4/4, bo
uważałam że już na tyle umiem, że pora na trochę większą.
Okazało się jednak, że nie do końca przeczytałam opis (mój
błąd) i przysłali mi jasną gitarę 3/4 :P. Służyła mi 2 lata,
a w tym czasie nauczyłam się jeszcze ciekawszych rzeczy...
Oprócz bicia na 1 i 2, poznałam bicie na 3 i 4. Trochę bardziej
skomplikowane, ale super brzmi. Z czasem nauczyłam się tworzyć
własne bicia, ale zazwyczaj są oparte właśnie na tych. Jeżeli
ktoś nie wie co to bicie, to już tłumacze. Jest to jakość,
ilość, kierunek w jaki uderzamy( "bijemy") w strunę
palcami bądź kostką. Ja osobiście wolę palcami, bo nie podoba mi
się dźwięk wydawany piórkiem. W szóstej klasie mój nauczyciel
chciał mnie nauczyć chwytów barowych, czyli takich gdzie tworzymy
tzw. poprzeczkę (przyciskamy wszystkie struny jednym palcem). Jednak
nie wiedziałam wtedy, że istnieje kapodaster. Z resztą, nawet
teraz kiedy wiem i tak go nie posiadam. W sumie dopiero teraz mi się
przypomniało o nim. Ale wracając do chwytów barowych. Cały czas
się wymigiwałam od nauki tych akordów, ponieważ były mega
trudne! Za Chiny nie potrafiłam przycisnąć palców tak mocno, aby
uzyskać czysty dźwięk. Byłam pewna, ze się nigdy nie nauczę i
powiedziałam to panu wprost. Nie miałam zamiaru się tego uczyć..
Ale jak to ja rok później chciałam zagrać wiele różnych
fajnych piosenek. Tylko, że był jeden problem. Każda z nich miała
w sobie chwyty barowe. Byłam załamana ale postanowiłam się
podnieść i poprawić koronę. Poszłam do nauczyciela i
powiedziałam, ze jednak zmieniłam zdanie na temat chwytów
barowych. Nikt nie zrozumie kobiety. Mieliśmy akurat adwent i
ćwiczyliśmy kolędy. Więc poprosiłam pana, aby mi zmienił chwyty
zwykłe na barowe w kolędach. Było bardzo ciężko, ale nie tak
trudno jak na początku. Widocznie musiały mi się zmienić palce po
tym roku. Ale to nawet lepiej. W tym czasie opanowałam H-dur, H-mol,
F-dur, F-mol i G-mol. Byłam z siebie dość zadowolona.
Chociaż i tak uważałam, że mogłoby być lepiej...Na gwiazdę w pierwszej gimnazjum dostałam kolejną gitarę. Tym razem... elektryczną!( Taką jaka jest na zdjęciu.) Tym razem również będę szczera. Kupiłam ją w Lidlu. I powiem szczerze, że jestem całkiem zadowolona. Działa do dzisiaj oprócz tego, że raz trochę mocniej szarpnęłam i struna mi poszła :D ale szybko ją naprawiłam i działa super. Razem z nią był wzmacniacz, pasek do gitary i stroik. Oprócz tego jak zwykle z każdą gitarą książka z podstawowymi informacjami. Jednak moim zdaniem, taka gitara pasuje przede wszystkim do zespołu rockowego, a nie do solowych występów w domu... Dlatego na początek i tak polecam klasyka.
Kolejną moją gitarą był mój obecny akustyk, którego mam od gwiazdki. Gra się na mim cudownie. Melodia śliczna choć troszkę struny piszczą jak w każdej akustycznej gitarze. Ma wąski gryf dlatego nie muszę jakoś specjalnie wyginać palców. Myślę, że moja pierwsza i ta ostatnia gitara były najlepszymi jakie miałam. :)
Przez jakiś czas miałam przerwę w nauce gry na instrumencie, a
przeszłam na śpiew. Od dawna chciałam dostać prawdziwy mikrofon.
Pamiętam jak byłam mała i poprosiłam mamę o mikrofon, dostałam
zabawkowy... To nie było dla mnie śmieszne. Przed świętami
byliśmy w sklepie muzycznym, aby zakupić ten prawdziwy mikrofon.
Byłam załamana gdy facet powiedział, że najpierw muszę kupić
mikser, aby mój mikrofon działał. No okey. Całe 200 zł, które
było przeznaczone na moje marzenie, poszło na mikser. Ale właśnie
niedawno bo po nowym roku poszukałam na olx
używany mikrofon całkiem niedaleko mnie i to za 40zł! Podobno jako
nowy kosztował 160zł, ale mimo tego, że nie wierze we wszystko co
słyszę tego akurat jestem pewna, bo działa świetnie. Dźwięk jak
najbardziej na tak, a wygląd również dobry oprócz tego, że nie
widać nazwy firmy. Moje marzenie w końcu się spełnia...
Jednak po kilku dniach coś się zaczęło dziać z kablem. Nie
chciał się łączyć i postanowiliśmy, że wymienimy go na nowy.
Taki kabel kosztował 30 zł, więc bardzo byśmy nie ucierpieli.
Pojechaliśmy do pamiętnego sklepu muzycznego. Ten sam pan jednak
oznajmił, że jednak z mikrofonem coś jest nie tak i, że lepiej
kupić nowy cały sprzęt. Już zamierzałam wyjść ze sklepu, kiedy
mama powiedziała "Bierzemy." Myślałam, że zwariowała,
ale okey. Uściskałam ją mocno i podziękowałam. W końcu wydała
na mnie kolejne 120 zł.
Kilka dni później okazało się, że mój ukochany tatuś
naprawił mi mikrofon i od tej pory mam, aż dwa. Z tym, że
obiecałam bratu, że mu jeden będę pożyczać :). Teraz tylko do
pełnego szczęścia brakował mi statyw, którego bardzo pragnęłam.
Szukałam w internecie, w sklepach muzycznych, ale jednak były za
ponad stówę. Akurat statyw nie musiał być pierwszej jakości, ale
nie będę przecież wydawać stówy za kawałek metalu. Pojechałam
do mojego wujka, który ma zespół i zapytałam czy nie ma czasem
jakiego statywu na zbyciu. Okazało się, że ma, ale był... no nie
będę ukrywać... lekko zniszczony. Był brudny, okurzony, schodziła
z niego farba. Ale nic się nie stało. Pojechałam z tatą do
Mrówki, kupiłam czarny spray, a tatuś wyczyścił i pomalował
ładnie statyw. Efekt jest super. Jak zresztą widać na zdjęciach.
No właśnie apropos zdjęć. Chcę żebyście wiedzieli, że na niektórych się wygłupiałam i nie chciałabym żałosnych hejtów. Z góry dziękuję. Wracając do statywu. Z mikrofonem super sie teraz komponuję, a na lato planuję zrobić w pokoju taki mały kącik muzyczny. Radzę obserwować bloga, jeżeli chcecie go zobaczyć! :).
Tak więc na tym chyba skończę moją historię muzyczną. Co warto wiedzieć z tego posta? Że nie zawsze trzeba wierzyć we wszystko co mówi nam "doświadczony" pan ze sklepu, a czasem zaufać zwykłej osobie, która chce przekazać ci samą szczerą prawdę. Mimo tego, że mam teraz dwa mikrofony, sklep zdążył mnie obrobić ze 320 zł. A tak naprawdę nie potrzebowałam tego miksera, bo gdy podłączę do wzmacniacza również działa. Tylko trzeba pamiętać, że to wzmacniacz do gitary. Oryginalny do mikrofonu daje o wiele lepszy efekt.
Mam nadzięję, że wam się podobała moja historyjka. Życzę powodzenia w spełnianiu marzeń, bo pamiętajcie :Nadzieja zawsze umiera ostatnia. <3
Do zobaczenia,
Wasza Anielka :*
Moim zdaniem bardzo fajnie opisany problem. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń