środa, 10 sierpnia 2016

"Lecę tam" Kasia Popowska

Wiecie już, że moją pasją jest muzyka... I nie zamierzam tego zmieniać. Wiecie też, że lubię nie tylko grac na gitarze, ale także śpiewać. Nie jestem zawodową wokalistką, ale jeżeli chcielibyście usłyszeć mój śpiew to proszę bardzo.

Wybrałam piosenkę Kasi Popowskiej, ponieważ od samego początku, gdy "wdarła" się na naszą polską scenę muzyczną, zaintrygowała mnie swoim głosem i swobodą śpiewania. Nie tylko ma talent, ale także potrafi być w stu procentach sobą. To mi się chyba w niej najbardziej podoba ze względu na to, że sama często nie potrafię taka być... a bardzo bym chciała.

Moją ulubioną jej piosenką jest "Graj"... , ale dlatego, że jest tak piękna i tylko sama Kasia potrafi ją jak najlepiej zinterpretować swoim głosem, nie zamierzam nawet próbować jej wykonywać... Mam ogromny szacunek do dobrze skomponowanych piosenek. Jeżeli wiem, że moje możliwości nie są na tyle dobre, aby nie "zepsuć" utworu, nie staram się na siłę go zaśpiewać. Natomiast wiem, że wiele piosenek bardzo dobrze mi wychodzi. Jedną z nich jest "Lecę tam". Równie piękna piosenka, lecz dzięki swojej prostocie dobrze się ją śpiewa.

Ale... no właśnie. Zawsze jest jakieś "ale". Nie jestem jakąś profesjonalną piosenkarką.Zawsze zdarzają mi się jakieś błędy i nawet, gdy się bardzo staram, rzadko kiedy uchodzi bez fałszu. Jeżeli macie jakieś uwagi, proszę... Macie wolną rękę. Wszystko przyjmę z pokorą. A teraz zapraszam do przesłuchania.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Powrót na całego :D I spełnienie obietnicy :*

Witam was serdecznie po prawie 3-miesięcznej przerwie. Przepraszam za to, że musieliście tak długo czekać, ale : po pierwsze byłam totalnie zawalona nauką, po drugie musiałam rozwiązać wszystkie problemy, które zdążyłam sobie nagromadzić, po trzecie byłam tak zrezygnowana życiem, że nie nie miałam zielonego pojęcia o czym pisać. jeszcze raz was bardzo przepraszam i mam nadzieję, że wynagrodzę wam to nowym postem, a mianowicie moją obietnicą w sprawie pokoju.

Ja sobie powiedziałam, tak zrobiłam. Tatuś wyremontował nam pokój (mnie i mojemu bratu, bo mamy razem) i teraz mam cudowny kącik muzyczny.. Może nie jest taki jaki sobie wymarzyłam, ale .. Hah.. Jest jeszcze lepszy. Lecz wraz z remontem potowarzyszyły nam też niezłe akcje.

Plan był taki, tata tworzy wnękę w ścianie, my wybieramy kolor, tata maluje, my dekorujemy. Niby proste, ale jednocześnie niesamowicie skomplikowane. Okey, tata ocieplił ścianę, od której strasznie było czuć wilgoć. Następnie pojechaliśmy do sklepu i tu się zaczęły schody... Przed nami stanął ogromny wybór kolorów. To było po prostu niezwykłe, ile może być rodzai odcieni. Tylko, że nie to było najgorsze... Mamie podobał się kawowy brąz, bratu-zielone kiwi, a mnie- zielone wzgórze. Zaczęła się wielka kłótnia, ale na szczęście wszystko poszło po mojej myśli i udało mi się wynegocjować mój kolor. Mogliśmy zacząć malować. Kupiliśmy specjalną taśmę, dzięki której mogliśmy zostawić na ścianie ciekawe wzory. Tak były gotowe ściany.

Przyszła pora na wnętrze wnęki, która została biała. Niestety trochę to potrwało zanim doprosiłam się tatusia, żeby zrobił mi półki z moich starych gitar, ale w końcu udało mu się to. Pięknie wyciąć przednie części moich staruszków, stworzył półeczkę, na których potem postawiłam zdjęcia. Przed powieszenie pomalował je od środka jeszcze złotym i czarnym sprayem (który pozostał jeszcze od malowania statywu)

Mój brat również chciał mieć coś swojego, dlatego postanowiliśmy, że zrobimy dla niego "wieszak" na medale. Znaleźliśmy jakiś stary kij od miotły, popsikaliśmy go złotym sprayem (tak jak moje gitary) i powiesiliśmy we wnęce. Super to wyglądało, ale tacie coś jeszcze brakowało...

Na Boże Ciało wyjechaliśmy do rodziny. Zaczęła się rozmowa o remoncie. I nagle wuja podsunął pomysł, że mógłby nam tanio zamówić ledy! No to tata był cały w skowronkach... oczywiście my też! A jakże inaczej!? Jeszcze tego samego dnia światełka zostały zamówione. Pozostało tylko czekać... i czekać.... i czekać.... i czekać... Aż minęły całe okrąglutkie 2 miesiące, w których ciągle zastanawialiśmy się, czy kiedyś jeszcze będziemy mieli ten miły nastrój w pokoju. Odpuściliśmy sobie. Mimo tego, że pieniądze były wpłacone, daliśmy sobie spokój z próbą odzyskania ich. To było tylko 40zł. Nie zbiednielibyśmy od tego. Ale pewnego dnia do naszych drzwi zapukał kurier. To zaskoczenie w mamy oczach! Nie zapomniane! No i mieliśmy swoje ledy... Teraz tylko założenie i już jest.

No i tak to właśnie wyglądało. Teraz możemy spokojnie się rozleniwiać przy miłym nastoju, no i przede wszystkim nie czuć już nigdzie w pokoju wilgocią, której nienawidziliśmy. Nie wstydzę się zapraszać koleżanki i kolegów i mam swój cudowny kącik...

Buziaczki :*
Wasza Anielka ;)






wtorek, 22 marca 2016

DIY kolaż okładka

Cześć. Przepraszam, że długo nie pisałam, ale... miałam po prostu małe problemy... W sumie nadal mam... Ale to już nie ważne. Muszę się czymś w końcu zająć. A więc... Dzisiaj z moim bratem postanowiliśmy ozdobić nasze stare zeszyty. Jeżeli okazało się, że znalazłeś jakieś zniszczone zeszyty, a tak naprawdę tylko okładka jest brzydka i masz dużo pustych kartek to jest to świetne rozwiązanie! Zapraszam na pierwszy post z działu DIY...

Na początku musisz zgromadzić wszystkie potrzebne rzeczy, czyli stare zeszyty, białe kartki A3, stare gazety, można też wziąć naklejki, wstążki, czy inne dodatki. Przydałby się też klej, nożyczki i dodatkowo dziurkacz (jeżeli ktoś ma).

Teraz bierzemy do ręki gazety i nożyczki... Nasza fantazja tu nie ma granic. Możemy wycinać co tylko chcemy. Ja przez prawie cztery lata zbierałam gazety BRAVO i mam tego dość sporo. Wycinałam przede wszystkim to co mnie śmieszy... Pora była w końcu się uśmiechnąć... Nieważne, wróćmy do tematu. Interesowała mnie tez moda i jakieś fajne napisy. Michał (mój brat) wycinał przede wszystkim to co mu się kojarzy z motorami i samochodami.. Jak to chłopak... Ale jak sam widzisz, możesz po prostu wszystko. Już na starcie mówię, że może to trochę potrwać jak nie możesz się czasem zdecydować.. Hah... Ale nie martw się, jeżeli masz obok siebie kolegę, przyjaciela czy choćby rodzeństwo gwarantuję, że nie będziesz się nudzić.

Gdy mamy już gotowe wycinki zabieramy się za zeszyt. Przyklejamy kartkę A3 do okładki tak jak na zdjęciu. Gdy już to mamy gotowe tworzymy kolaż. Przyklejasz wycinki w obojętnie jakich konfiguracjach czy kształtach. Ważne, żeby się po prostu  tobie się podobało.

Jest to naprawdę super pomysł jeżeli na przykład nie chcesz mieć nudnych zeszytów do szkoły. Wiem, przepraszam, że mówię o szkole kiedy ona się kończy, ale do wakacji jest jeszcze całe 3 miesiące, więc wiesz... Zresztą sama teraz nie lubię o niej mówić. Wracając do tematu. Ja do swojego kolażu dodałam jeszcze dodatkowo wstążkę, która trzeba odwiązać, żeby zajrzeć do środka. Świetny pomysł na przykład na pamiętnik.

Na koniec zapraszam was do posłuchania mega optymistycznej piosenki Zeusa "Będziemy dziećmi".

Do zobaczenia :P
Anielka :*

środa, 9 marca 2016

Kołysanka... dla was


Dzisiaj po raz pierwszy chciałabym pokazać co potrafię po mojej sześcioletniej nauce gry na gitarze. Bardzo chciałabym przeprosić za jakość dźwięku i obrazu, ale jeszcze nie posiadać odpowiedniego sprzętu do nagrywania. Mam nadzięję, że wam się spodoba. :) PS Niestety nie wiem, dlaczego nie chciał się załączyć cały filmik, ale możecie posłuchać chociaż początku :)



To to już wiecie jaki (między innym) lubię styl muzyki. Polski rock to według mnie jeden z najlepszych polskich stylów muzycznych. Przede wszystkim bardzo porusza mnie przekaz. Ta piosenka jest jedną z najpiękniejszych utworów Perfectu. Mogę szczerze powiedzieć, że stałam się ich wielką fanką. Czy słucham współczesnych hitów? Tak, ale nie wywierają na mnie takiego wrażenia. Jeżeli chodzi o teraźniejsze piosenki to zazwyczaj słucham rapu (również z głębokim przekazem), a jeżeli chodzi o imprezy to tylko i wyłącznie... disco polo! Możecie się śmiać, ale ja osobiście uważam, że tylko przy tej muzyce można się bawić bez końca. Słowa są bez sensu, czasem w ogóle sie nie kleją, ale tu chodzi o rytm i dynamiczność. Chodzi o to, żeby nogi same rwały się do tańca. 

 Dziś nie rozpisuję się za dużo, ponieważ mam sporo nauk, ale obiecuję, że już niedługo wymyślę jakiś nowy temat. 

Papatki :*
Anielka :D

sobota, 5 marca 2016

Zdrowo i Sportowo

Większość kojarzy sobie sport i zdrowie przede wszystkim z biegami i zadyszką. Muszę niestety obalić tą teorię, ponieważ zdrowo można również spędzić czas np. na spacerze...
Dzisiaj z moją koleżanką wybrałyśmy się na taki spacer tylko,że bardziej fit. Jakiś miesiąc temu zakupiłam na Allegro kijki Nordic Walking  za jedyne 11 zł od sztuki. Z tego względu, że brat również sobie zamówił za przesyłkę nie musiałam dużo płacić. Ale chyba mu się znudziły dlatego częściej niż on używa je moja koleżanka Monika.

Moja przygoda z kijkami rozpoczęła się całkiem przypadkiem. Nasz nauczyciel od wychowania fizycznego zorganizował wycieczkę nordic walking'ową. Kiedy szliśmy dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy na temat kijków. Okazało się, że podczas takich wypadów spalamy o 30% więcej kalorii niż przy zwykłych spacerach. Mi się to akurat bardzo przyda z tego względu, że mam mała nadwagę. Ale tak naprawdę nie to mnie najbardziej ciekawi w kijkach.

Podczas takich spacerów można się natknąć na wiele przygód i pięknych krajobrazów. Myślę, że to jest jedna z największych atrakcji całej wyprawy. Nie myśli się wtedy o problemach, kłopotach, tylko odizolowuje się od świata oddając się pięknie przyrody.

Gdy po raz pierwszy szłam na kijki - była to trasa do kamienia w Sokolnikach- zrozumiałam, że muszę to robić częściej. Piękne krajobrazy otaczały nas z każdej strony, a my wpatrzeni w nie, nie czuliśmy nawet zmęczenia. Moim zdaniem ta pora, o której szliśmy była idealna ( mówię tu o przedpołudniu lub ranku), ponieważ światło słonecznie ślicznie podkreśla piękno otoczenia. Jeszcze nigdy nie szłam wieczorem, ale mogę się założyć, że o zachodzie słońca jeszcze ładniej wygląda.

Drugi raz przemierzaliśmy trasę wokół Głęboczka w Mielnie. Również nie mogliśmy się napatrzeć, lecz tylko jedna rzecz mnie irytowała -śmieci. Jak zresztą do tej pory. Za każdym razem, gdy idziemy, a widzę, że ktoś sobie urządził wysypisko śmieci mam ochotę go udusić. Mimo to najbardziej humor poprawiła mi legenda o jeziorze Utrata w Mielnie. Oto ona...  

W miejscu zwanym dzisiaj Utrata, na wzgórzu za wsią przed wiekami stał kościół. Proboszczem był wielce pobożny i życzliwy ludziom kapłan. Co niedzielę, na eucharystię do świątyni przychodziły rzesze wiernych. Jednakże nastały czas, gdy ludzie zaczęli odwracać się od Pana Boga. Czas zamiast w kościele woleli spędzać na hulankach i swawoli w sąsiadującej z kościołem, karczmie. Proboszcz, jak tylko potrafił, starał się wiernych odciągać od tych niedzielnych uciech i zachęcał do udziału w mszy świętej. Bez skutku. Z niedzieli na niedzielę, coraz mniej osób nawiedzało Dom Boży.

Ksiądz pogodził się już z faktem, że na mszy świętej jest coraz mniej wiernych. Do czasu... Pewnej niedzieli, gdy nastał czas mszy świętej, ksiądz wychodząc na eucharystię zobaczył w kościele tylko jedną osobę... Malutką, ubraną w białą sukienkę dziewczynkę. Wszyscy pozostali parafianie ucztowali w karczmie. Wzburzyło to bardzo pobożnego kapłana i zwrócił się on z prośbą do Pana Boga, by ukarał bezbożnych mieszkańców wsi. Stwórca wysłuchał kapłana i ukarał wieś, zalewając ją wodą... I tak - wedle ludzkich podań - powstało miejsce zwane dzisiaj jeziorem Utratą.

Miejscowa ludność opowiada, że dzisiaj, gdy znajdziemy się w okolicach tego leśnego akwenu, widocznego z drogi prowadzącej z Popowa Podleśnego do Mielna, na skrzyżowaniu z drogą na Dziadkowo, można spotkać postać malutkiej dziewczynki w białej sukience... I słychać bicie kościelnych dzwonów. Ponadto niektórzy twierdzą, iż miejsce to jest przeklęte..

Wedle ludzkich podań koniec historii z jeziorem Utrata nastąpi wówczas, gdy urodzi się niewinne dziecko i zjawi się ono w okolicach tego jeziorka, wówczas ma pojawić się wąż, który w pysku będzie trzymał klucz. I jeśli dziecko weźmie ten klucz, wówczas kościół powróci...

 Obmyślamy już plany na temat tego, aby się udać pewnej nocy nad to jezioro i naprawdę usłyszeć bicie tych dzwonów. Naprawdę polecam serdecznie takie wyprawy, bo po pierwsze można się dowiedzieć wiele ciekawych rzeczy (tym bardziej, że z nami chodzi taki pan co wszystko wie.) i po drugie ... oddać się bez reszty przyrodzie.

Trzeci raz i ostatni raz z panem poszliśmy do Łopienna. Miejsce największych zbiorów cmentarzysk. Hah.. Prawie co 10 metrów mijaliśmy groby żołnierzy lub figury. Z tego względu, że mieszkam niedaleko Łopienna nie było to dla mnie nic nowego. Potem już bez pana kilka razy szłam tą trasą albo z bratem albo z Moniką.

Tydzień temu z Moniką byłam również w Łopiennie, ale obraliśmy trochę inną trasę. Szliśmy wzdłuż jeziora i było super. Widzieliśmy dzięcioła i inne ptaszki, ale najbardziej zapadł nam w pamięć... lód! Zatrzymując się na chwilę na plaży usłyszałyśmy jakieś szelesty w trzcinie dlatego poszłyśmy w tamtą stronę. Byłyśmy pewne że to jakieś zwierzę się zaplątało i nie może się wydostać.Okazało się, żę to.. Lód łamiący sie pod wpływem wiatru. To chyba było najbardziej załamujące widowisko.

Dzisiaj dla odmiany wybraliśmy się nad Dobiejewo. Kolejny raz szliśmy szlakiem jeziora. Widoki również bardzo zachwycały, ale nie spotkały nas jakieś nadzwyczajne przygody...

Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić was do wycieczek nordic walking'owych. To bardzo fajny sposób na zdrowe spędzenie czasu. Niektórzy ludzie uważają , że tylko takie "babcie" chodzą na kijki, a to wcale nieprawda. Tak naprawdę to jeżeli nic nie robimy do czterdziestki, a potem przypominamy sobie, że czas zacząć dbać o zdrowie to nic nam to nie da. Trzeba już pracować od najmłodszych lat. To jedna z  podstawowych zasad zdrowego trybu życia.

Powodzenia :)
Anielka <3




















    


czwartek, 3 marca 2016

Moja siedmioletnia miłość

W tym poście chciałabym wam przedstawić mojego siedmioletniego partnera.. Oto Muzyka! Hah... To jest najprawdopodobniej miłość na całe życie, ale nie wiem jeszcze czy jacyś kochankowie się nie znajdą po drodze...
Mam mnóstwo pasji, ale najbardziej kocham muzykę. Śpiewam w szkole, czasem w kościele, gdy nie ma psalmistki (oprócz tego czytam), gram na gitarze i nie wyobrażam sobie wiązać swojej przyszłości bez muzyki.

 Pierwszą swoją gitarę dostałam w połowie drugiej klasy podstawówki. Byłam strasznie zazdrosna, że inne koleżanki grają, chodzą na kółka muzyczne, a ja nie, więc na święta pod choinką znalazłam piękną czerwoną gitarę klasyczną. (Rodzice nie mogli już tego zcierpieć, że tak im wiercę dziurę w brzuchu.) A wiec od razu po przerwie świątecznej zabrałam się do nauki. Powiem szczerze-była to gitara z Allegro, nie pamiętam teraz z jakiej firmy, w każdym razie kosztowała około 120 zł. Jeżeli chodzi o początkujących serdecznie polecam, ponieważ po pierwsze nie wyrzuca się dużej ilości pieniędzy w błoto, a jeżeli nie złapiesz bakcyla to przecież zawsze możesz ją sprzedać, po drugie struny gitary klasycznej są nylonowe tak więc palce tak bardzo nie bolą jak przy akustycznej, która ma wszystkie metalowe (ale i tak na początku strasznie paluszki bolą, mówię z własnego doświadczenia, ciągle tylko pęcherze i obtarcia, ale spokojnie... da się do tego przyzwyczaić :) ), po trzecie gitary 3/4 (a ja właśnie taką miałam) są małe więc łatwo je "objąć" i na niej grać.

Moja nauka gry rozpoczęła się od podstawowych chwytów E-dur, A-dur, D-dur, C-dur, G-dur, E-mol, A-mol i D-mol. Trochę było ciężko się nauczyć. Miałam wiele chwil zawahania, czasem nawet płakałam. Najbardziej trudnymi chwytami były dla mnie C-dur i G-dur. Miałam wtedy małe paluszki i trudno mi było je tak rozłożyć. Hah..

Po przepracowanych piosenkach z podstawowymi chwytami niestety pora była na zmianę gitary. Po czterech latach coś zaczęło się dziać ze strunami. W lato między piątą a szóstą klasą znów na Allegro zamówiłam kolejną. Ale tym razem chciałam 4/4, bo uważałam że już na tyle umiem, że pora na trochę większą. Okazało się jednak, że nie do końca przeczytałam  opis (mój błąd) i przysłali mi jasną gitarę 3/4 :P. Służyła mi 2 lata, a w tym czasie nauczyłam się jeszcze ciekawszych rzeczy...

Oprócz bicia na 1 i 2, poznałam bicie na 3 i 4. Trochę bardziej skomplikowane, ale super brzmi. Z czasem nauczyłam się tworzyć własne bicia, ale zazwyczaj są oparte właśnie na tych. Jeżeli ktoś nie wie co to bicie, to już tłumacze. Jest to jakość, ilość, kierunek w jaki uderzamy( "bijemy") w  strunę palcami bądź kostką. Ja osobiście wolę palcami, bo nie podoba mi się dźwięk wydawany piórkiem. W szóstej klasie mój nauczyciel chciał mnie nauczyć chwytów barowych, czyli takich gdzie tworzymy tzw. poprzeczkę (przyciskamy wszystkie struny jednym palcem). Jednak nie wiedziałam wtedy, że istnieje kapodaster. Z resztą, nawet teraz kiedy wiem i tak go nie posiadam. W sumie dopiero teraz mi się przypomniało o nim. Ale wracając do chwytów barowych. Cały czas się wymigiwałam od nauki tych akordów, ponieważ były mega trudne! Za Chiny nie potrafiłam przycisnąć palców tak mocno, aby uzyskać czysty dźwięk. Byłam pewna, ze się nigdy nie nauczę i powiedziałam to panu wprost. Nie miałam zamiaru się tego uczyć..

Ale jak to ja rok później chciałam zagrać wiele różnych fajnych piosenek. Tylko, że był jeden problem. Każda z nich miała w sobie chwyty barowe. Byłam załamana ale postanowiłam się podnieść i poprawić koronę. Poszłam do nauczyciela i powiedziałam, ze jednak zmieniłam zdanie na temat chwytów barowych. Nikt nie zrozumie kobiety. Mieliśmy akurat adwent i ćwiczyliśmy kolędy. Więc poprosiłam pana, aby mi zmienił chwyty zwykłe na barowe w kolędach. Było bardzo ciężko, ale nie tak trudno jak na początku. Widocznie musiały mi się zmienić palce po tym roku. Ale to nawet lepiej. W tym czasie opanowałam H-dur, H-mol, F-dur, F-mol  i G-mol. Byłam z siebie dość zadowolona. Chociaż i tak uważałam, że mogłoby być lepiej...

Na gwiazdę w pierwszej gimnazjum dostałam kolejną gitarę. Tym razem... elektryczną!( Taką jaka jest na zdjęciu.) Tym razem również będę szczera. Kupiłam ją w Lidlu. I powiem szczerze, że jestem całkiem zadowolona. Działa do dzisiaj oprócz tego, że raz trochę mocniej szarpnęłam i struna mi poszła :D ale szybko ją naprawiłam i działa super. Razem z nią był wzmacniacz, pasek do gitary i stroik. Oprócz tego jak zwykle z każdą gitarą książka z podstawowymi informacjami. Jednak moim zdaniem, taka gitara pasuje przede wszystkim do zespołu rockowego, a nie do solowych występów w domu... Dlatego na początek i tak polecam klasyka.

Kolejną moją gitarą był mój obecny akustyk, którego mam od gwiazdki. Gra się na mim cudownie. Melodia śliczna choć troszkę struny piszczą jak w każdej akustycznej gitarze. Ma wąski gryf dlatego nie muszę jakoś specjalnie wyginać palców. Myślę, że moja pierwsza i ta ostatnia gitara były najlepszymi jakie miałam. :)

Przez jakiś czas miałam przerwę w nauce gry na instrumencie, a przeszłam na śpiew. Od dawna chciałam dostać prawdziwy mikrofon. Pamiętam jak byłam mała i poprosiłam mamę o mikrofon, dostałam zabawkowy... To nie było dla mnie śmieszne. Przed świętami byliśmy w sklepie muzycznym, aby zakupić ten prawdziwy mikrofon. Byłam załamana gdy facet powiedział, że najpierw muszę kupić mikser, aby mój mikrofon działał. No okey. Całe 200 zł, które było przeznaczone na moje marzenie, poszło na mikser. Ale właśnie niedawno bo po nowym roku poszukałam na olx używany mikrofon całkiem niedaleko mnie i to za 40zł! Podobno jako nowy kosztował 160zł, ale mimo tego, że nie wierze we wszystko co słyszę tego akurat jestem pewna, bo działa świetnie. Dźwięk jak najbardziej na tak, a wygląd również dobry oprócz tego, że nie widać nazwy firmy. Moje marzenie w końcu się spełnia...

Jednak po kilku dniach coś się zaczęło dziać z kablem. Nie chciał się łączyć i postanowiliśmy, że wymienimy go na nowy. Taki kabel kosztował 30 zł, więc bardzo byśmy nie ucierpieli. Pojechaliśmy do pamiętnego sklepu muzycznego. Ten sam pan jednak oznajmił, że jednak z mikrofonem coś jest nie tak i, że lepiej kupić nowy cały sprzęt. Już zamierzałam wyjść ze sklepu, kiedy mama powiedziała "Bierzemy." Myślałam, że zwariowała, ale okey. Uściskałam ją mocno i podziękowałam. W końcu wydała na mnie kolejne 120 zł.

Kilka dni później okazało się, że mój ukochany tatuś naprawił mi mikrofon i od tej pory mam, aż dwa. Z tym, że obiecałam bratu, że mu jeden będę pożyczać :). Teraz tylko do pełnego szczęścia brakował mi statyw, którego bardzo pragnęłam. Szukałam w internecie, w sklepach muzycznych, ale jednak były za ponad stówę. Akurat statyw nie musiał być pierwszej jakości, ale nie będę przecież wydawać stówy za kawałek metalu. Pojechałam do mojego wujka, który ma zespół i zapytałam czy nie ma czasem jakiego statywu na zbyciu. Okazało się, że ma, ale był... no nie będę ukrywać... lekko zniszczony. Był brudny, okurzony, schodziła z niego farba. Ale nic się nie stało. Pojechałam z tatą do Mrówki, kupiłam czarny spray, a tatuś wyczyścił i pomalował ładnie statyw. Efekt jest super. Jak zresztą widać na zdjęciach. No właśnie a
propos zdjęć. Chcę żebyście wiedzieli, że na niektórych się wygłupiałam i nie chciałabym żałosnych hejtów. Z góry dziękuję. Wracając do statywu. Z mikrofonem super sie teraz komponuję, a na lato planuję zrobić w pokoju taki  mały kącik muzyczny. Radzę obserwować bloga, jeżeli chcecie go zobaczyć! :).

Tak więc na tym chyba skończę moją historię muzyczną. Co warto wiedzieć z tego posta? Że nie zawsze trzeba wierzyć we wszystko co mówi nam "doświadczony" pan ze sklepu, a czasem zaufać zwykłej osobie, która chce przekazać ci samą szczerą prawdę. Mimo tego, że mam teraz dwa mikrofony, sklep zdążył mnie obrobić ze 320 zł. A tak naprawdę nie potrzebowałam tego miksera, bo gdy podłączę do wzmacniacza również działa. Tylko trzeba pamiętać, że to wzmacniacz do gitary. Oryginalny do mikrofonu daje o wiele lepszy efekt.

Mam nadzięję, że wam się podobała moja historyjka. Życzę powodzenia w spełnianiu marzeń, bo pamiętajcie :Nadzieja zawsze umiera ostatnia. <3

Do zobaczenia,
Wasza Anielka :*









środa, 2 marca 2016

Cześć! :D

Witam. Na początek chciałabym tylko uświadomić parę rzeczy, które mogą mi w przyszłości zaszkodzić. Otóż na blogu nazywam się Aniela Olearska i mam ... nie chce teraz skłamać, ale chyba 16 lub 17 lat. To się trochę wydaje dziwne. No i już znacie moją pierwszą cechę dziwactwo. Hah.. W sumie Anielę wymyśliłam tak spontanicznie, ponieważ bałam się ujawniać swojego prawdziwego nazwiska. Tak naprawdę mam na imię Wiktoria i mam 14 lat, w tym roku (dokładnie 9 listopada) skończę 15. Po moich nieudanych przygodach z prowadzeniem blogów kulinarnych, poetyckich czy inspiracyjnych postanowiłam utworzyć jednego bloga, który będzie o... Wszystkim! A przede wszystkim o mnie! Chcę pokazać wam co tak naprawdę mnie kręci, rozśmiesza, czy wzrusza. Będzie parę DIY, porad itp. Nie chcę na razie zdradzać jaka naprawdę jestem, bo bardzo chciałabym, abyście to wy mnie odkryli...

Powodzenia!
Wasza Anielka.. :*